Daria Rosiak – kierowniczka jednej z łódzkich drogerii Rossmann jest mamą chorującej na padaczkę Jagody. Dziewczynka jest pod stałą opieką Kliniki Neurologii i Epileptologii Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. Remont i rozbudowę Kliniki finansuje Rossmann w ramach firmowego programu „Pomagamy jak umiemy”. Agata Maj pracuje z Darią w jednej drogerii. Kilka lat temu urodziła bliźnięta - właśnie w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki.
Zachęcasz klientów do skanowania aplikacji Rossmann PL? W ten sposób klienci zbierają punkty, które Rossmann przelicza na środki przeznaczone na remont i rozbudowę Kliniki.
Daria Rosiak: „Pomagamy jak umiemy” to program, który jest u nas w firmie już od lat. Zawsze się cieszyłam, że robimy coś dobrego dla innych, ale teraz, gdy pomoc pójdzie na remont i rozbudowę Kliniki, gdzie leczona jest Jagoda, jest faktycznie inaczej. Jako punkt honoru postawiłam sobie, że dosłownie nie wypuszczę klienta z drogerii dopóki nie zeskanuje aplikacji. Mam ochotę wtedy każdemu tłumaczyć, że sobie nie zdaje sprawy jak bardzo ta inwestycja jest ważna i potrzebna. Poza tym to trochę tak jakbym zbierała na własne dziecko, na jego zdrowie, więc wiadomo, że każda mama w takiej sytuacji walczy jak lwica.
Co byś powiedziała klientom Rossmanna o tej Klinice?
Powiedziałabym, że to miejsce inne niż wszystkie. Tyle się słyszy o oddziałach, gdzie ludzie leżą nie wiedząc co im jest, jakie są plany lekarzy w stosunku do nich, gdzie człowiek jest petentem.
Nas po raz pierwszy przyjęto na oddział do Kliniki chyba tak o 17tej. Nie liczyłam, że się nami zajmą, bo wiadomo – już późno, a tymczasem do 20tej córka miała zrobioną pogłębioną diagnostykę! Powiedziano nam, że następnego dnia jest zaplanowany rezonans z kontrastem. Na każdym kroku lekarze wszystko nam tłumaczyli, wręcz prowadzili nas za rękę. Miło, sympatycznie, z dużą empatią. Wiem, że taką „twarzą” tej Kliniki jest jej szef, doktor Łukasz Przysło, ale prawda jest taka, że tam absolutnie każdy – od lekarza po salową – jest osobą z powołaniem i wielkim sercem.
Klinika leczy dzieci z całej Polski: ze stwardnieniem rozsianym, rdzeniowym zanikiem mięśni, padaczka lekooporną. Dziwi Cię to, że komuś chce się przyjeżdżać do Łodzi np. z Suwałk?
To naprawdę miejsce dla dzieci z całego kraju. Spotkałam tu rodziny ze Szczecina, Krakowa czy Warszawy, chociaż – fakt faktem – trafiają tu te najbardziej wymagające przypadki, nad którymi inne szpitale rozkładają ręce. A oddział doktora Przysło wyróżniają moim zdaniem dwie rzeczy – oprócz wspomnianej już, wyjątkowej atmosfery: po pierwsze jest tu dostęp do najnowocześniejszych metod leczenia i diagnostyki, po drugie – tutejsi lekarze nie odpuszczają. Zawsze mają pomysł co jeszcze można zrobić, jakie badanie wykonać, czego jeszcze się złapać żeby osiągnąć cel.
Jak Jagoda straciła czucie w całej prawej części ciała to lekarze co trzy godziny – z zegarkiem w ręku! – brali ją na badania. Mało tego, panie lekarki zaproponowały żebym razem z Jagodą poszła na jedno z tych badań, żebym wiedziała co jej tam robią, żebym się nie martwiła, nie czuła zostawiona sama sobie. Nie mogę się nadziwić tej ich dobrej energii, wewnętrznej sile. Bez nich utonęłabym z innymi mamami w tym poczuciu szpitalnej beznadziei. Bo miejsce samo w sobie jest – co tu kryć – szalenie przygnębiające. Z jednej strony lekarze dają nadzieję, z drugiej – otoczenie ją zabiera.
Co masz na myśli mówiąc „otoczenie”?
Nie chcę żeby zabrakło to jak narzekanie, bo ja naprawdę będę dozgonnie wdzięczna za jakość opieki i leczenie, jakie dostała Jagoda. Jednak te sale, ta świetlica, ta słynna jedna łazienka na cały oddział, toaleta, która się nie zamyka – to wszystko przypomina bardziej jakieś nie wiem – więzienie, celę. Ja za każdym razem trafiałam z Jagodą na salę wieloosobową.
Było nas 5 czy 6 – łóżek dla dzieci i stojących przy nich krzesełek. Krzesełka stoją bokiem, bo tylko w ten sposób mieszczą się między łóżkami. Mamy śpią na tych krzesełkach całymi tygodniami z głową na łóżku dziecka. Czasem, jak z dzieckiem jest lepiej to jakoś plecy wyciągną w nogach łóżka, ale trzeba przyznać, że żadna się nie skarży. Nigdzie nie spotkałam tylu prawdziwych bohaterek i twardzielek jak właśnie tam.
Czego się spodziewasz po tym remoncie? Co Twoim zdaniem się zmieni?
Uważam, że takie miejsca i tacy ludzie zasługują na docenienie, a inwestycja Rossmanna z pewnością formą takiego uznania jest. Oprócz tego cieszę się, że więcej dzieci będzie mogło liczyć na leczenie, że diagnozę i odpowiednie wsparcie dostaną szybciej, bo ten czas nierzadko ma kluczowe znaczenie. Poza tym, liczę, że sama klinika nie będzie już tak frustrującą i przygnębiającą przestrzenią, że dzieci i ich mamy dostaną tak potrzebną intymność, komfort, spokój. Bo to jest naprawdę potrzebne, tym bardziej, że przecież leczenie nie zawsze kończy się w szpitalu. Są choroby, które dla mam oznaczają bycie „na posterunku” 24 godziny na dobę, czasem i przez całe życie. Dla nich takie doświadczenie jak spanie na krześle przez ileś nocy to dodatkowe obciążenie, którego później nie ma jak „odrobić”, bo w domu znowu na pełnych obrotach działają. Może i brzmi to nierealnie, z drugiej jednak strony, wiem jak moja firma podchodzi do wszelkich inwestycji, widzę, jakie „gospodarskie” podejście ma załoga doktora Przysło więc jestem pełna optymizmu.
Agata, czy też tak mocno się utożsamiasz z nowym celem programu „Pomagamy jak umiemy”?
Agata Maj: Dla mnie ta historia z Kliniką Neurologii to jakiś niesamowity zbieg okoliczności. Sama jestem dłużniczką Matki Polki, bo to tam właśnie urodziłam kilka lat temu moje bliźniaczki, które były wcześniakami i w związku z tym ich zdrowie było mocno zagrożone. Szczęśliwie obeszło się bez większych powikłań.
Poznałam wówczas dziewczynę, też mamę bliźniaczek, która do dziś jest moją przyjaciółką. Pochodzi z okolic Gdańska i do Łodzi przyjechała żeby trafić pod opiekę lekarzy z Matki Polki, bo w jej szpitalu kazano jej wybrać, które dziecko ma przeżyć. Po prostu tam nie dawali szans na to, że uratują dwójkę, a było wiadomo, że to będą skrajne wcześniaki. Te dziewczynki żyją i to dzięki naszej łódzkiej Klinice Neurologii.